RSS


Biuro:.   33-49-80-801
FAX:.     33-822-33-36

Komórka: 600-114-350
biuro@wadi.pl  info@wadi.pl

EUROPAGadu-GaduGG: Europa SkypeSkype: Europa 
WIZY BILETY
Gadu-GaduGG: KrymSkypeSkype: Bilety
AZJA i BILETY
Gadu-GaduGG: AzjaSkypeSkype: Azja  
9:00-18:00 Poniedziałek - Piątek lub OnLine

WADIWADIWADI
Jesteś dla nas: 931.585 potencjalnym klientem
Obecnie klienci Biura Podróży WADi 11.017 osób
Kraj / Region
Transport
Wyjazd od
 
Wybierz datę
Powrót przed
 
Wybierz datę
Wylot / wyjazd z
Cena od
 
Cena do
-
Zakwaterowanie
Wyżywienie
Szukane słowo np. wspinaczka
Aby otrzymywać informacje o promocjach wpisz e-mail
"Pomysł wyjazdu do Rosji... Część-1."

ZAPRASZAMY do przysyłania swoich opisów i notatek z podróży...
arturo@wadi.pl

07.12.2010r Autor: "Żonaty",, Pomysł wyjazdu do Rosji…”
CZĘŚĆ -1

Pomysł wyjazdu do Rosji zrodził się całkiem spontanicznie.
Pomysł wyjazdu do Rosji zrodził się całkiem spontanicznie. Jako, że mam w zwyczaju przy okazji spotykać się z osobami ze swojej gry, tak było i tym razem. Kolega otóż mój mieszka w Grajewie, terenie położonym w północno-wschodniej części Polski. Terenie, na którym nigdy nie byliśmy, a który już od dawna mieliśmy w planach zwiedzić. Jola oglądając mapę Europy rzuciła hasło które dało mi zielone światło do jej uszczęśliwiania. - Moim marzeniem jest zobaczyć Wilno. Od razu podszedłem do mapy, którą mamy na ścianie i zacząłem oczami obliczać trase i koszty. Wilno.... ale co dalej, rozglądając się, dostrzegłem Rygę, potem Tallinn, a potem Sankt Petersburg. Gdy zajarany pokazałem Joli trasę jaką moglibyśmy zrobić, stwierdziła że oszalałem. - Samochodem do Rosji? heh, chyba na głowę upadłeś! Ale gdy po chwili sama podeszła do mapy i zobaczyła, ja już wiedziałem.....złapała bakcyla :) Obawy mieliśmy obydwoje ogromne, widzieliśmy co się dzieje na Ukrainie a tu Rosja. Nie będę pisał co słyszeliśmy o nich, każdy doskonale na pewno ma swoje wypaczoną przez innych opinie o tym kraju. Ale pal to licho, obydwoje kochamy ryzyko i kochamy podróże, raz kozie śmierć, co będzie to będzie - jedziemy. Od spontana do wyjazdu były 2 tygodnie w ciągu których przejrzeliśmy mnóstwo forów (Jola) i załatwiliśmy sobie wizy za 300 zł każda, zieloną kartę, ubezpieczenia, i czekaliśmy do dnia wyjazdu z niecierpliwością.

Dzień 1 piątek 4 września 2009 roku.
Mieliśmy wyjechać w sobotę z rana, ale szkoda nam było czasu. Mieliśmy do przejechania według moich obliczeń blisko 3000 km a tylko 9 dni. Plan wycieczki też uległ zmianie bo zamiast Wilno, Ryga, Sankt Petersburg, dla bezpieczeństwa by jak najkrócej jechać trasą po Rosji - wedle Joli życzenia zrobiliśmy odwrotnie. W piątek praca do 16 i zapinanie wszystkiego na ostatni guzik (wymiana waluty, tankowanie, sprawdzanie wszystkiego parę razy). Równo o 16 wyzerowałem licznik kilometrów i wystartowaliśmy spod naszej pracy w kierunku Litwy. Z kolegą umówiłem się na około 21, bo korki, ruch, fotoradary, policja, spowoduje, że te ponad 300 km będę jechał z 5 godzin. Bardzo się pomyliłem, półtorej godziny jechaliśmy żółwim tępem do Łowicza gdzie postanowiliśmy zjeść obiad. Obiad był niedobry i do tego dochodziła 18 a ja miałem za sobą dopiero 50 km. Do Grajewa dojechałem po 22 gdzie zostaliśmy zaproszeni do pubu kolegi brata, który mieści się na poddaszu. Dowiedzieliśmy się mnóstwo rzeczy o tym malutkim, ale jakże przytulnym miasteczku i wyruszyliśmy szukać spania. Pierwszą noc spędzieliśmy na stacji Statoil na trasie 61 w miasteczku Bargłów Kościelny.

Dzień 2 Sobota
Obudziliśmy się około 8, ja już nie spałem od 6:30. Zjedliśmy pyszne śniadanko na stacji z jajecznic i wyruszyliśmy w kierunku granicy. Zastanawialiśmy się czy nie zatrzymać się w Augustowie, zobaczyć dolinę Rospudy, ale postanowiliśmy jeżeli już coś to w drodze powrotnej. Augustów mimo, że tylko mijany, jakoś nas nie zauroczył, dolina Rospudy też. Zatrzymaliśmy się przed granicą na parkingu by wymienić trochę grosza - w tym przypadku tylko trochę litów Litewskich wystarczyło, bo na Rosję mieliśmy euro, które bardziej podobno się opłaca wymienić w samej Rosji. Wkońcu granica, pusta i bezludna, przemyka się jak przez skrzyżowanie. Niewiem jak inni, ale jakie to jest super uczucie, gdy człowiek z państwa do państwa jedzie jak z miasta do miasta. Szybko tylko okiem rzuciłem na tablicę informacyjną jak się w danym państwie jeździ po drogach i zaraz za nią postój na pierwsze zdjęcia. Dotarliśmy do pierwszego checkpointa, gdzie witała nas dumnie i radośnie tablica z napisem otoczonym gwiazdkami "Lietuvos Republika" Jechałem trochę przerażony, ciut może krajem, bo gdzieś tam człowiek wiedział, że to dawne ZSRR ale najbardziej pisownią. Pamiętam jak rok wcześniej byliśmy 1 dzień na Ukrainie i nawet 10 km przed granicą powrotną nie było normalnej pisowni w którym kierunku zmierzamy tylko sama cyrylica. Tu miałem do przejechania 3 kraje + Rosja, sama cyrylica, przerażało mnie to na maxa, kląłem przed wyjazdem nasz GPS na maxa za brak wschodu. Jadąc już ładnych parę kilometrów trasą naprawdę niezłą, ciągle się cieszyłem że jeszcze normalna pisownia jest. I reklam i tras, że aż z podziwu mówiąc to Joli to ta wpadła w śmiech. - Mariusz to Litwa a nie Rosja, oni mają swój język, swoją pisownie, tu cyrylicy nie zobaczysz - wypaliła a ja zgłupiałem. Wstyd mi było za tę niewiedzę a ta ze mnie się śmiała. Trasa do samego Kowna była naprawdę dobra, dosłownie na miarę Europejską. Po dotarciu do Kowna oboje osłupieliśmy, miasto z daleka jak metropolia jakaś, objazdy wspaniale oznaczone, droga cudowna, aż chciało się jechać. Ja byłem totalnie oszołomiony, spodziewałem się biedy jak na ukrainie, dróg fatalnych a tu jak na zachodzie, zresztą na pewno nie tylko ja byłem tym oszołomiony. W pewnym momencie już wogóle rozłożyło nas na łopatki, piękna trasa z której na dole widać było kurorty nad rzeką czy jeziorkiem od razu przyniosły na myśl Klagenfurt z Austrii. Jolu czy my na pewno jesteśmy na Litwie? - zapytałem nie mniej oszołomioną Jolę. Piękne miasteczka które w okolicy Kowna mijaliśmy, nie pozostawiły nam złudzeń w jakim błędzie żyliśmy od dawna. Wylecieliśmy na trasę która miała nas zaprowadzić do samej granicy z Rosją. Teraz poznałem co to znaczy Tranzyt Rosyjski. Niewiem czy był Rosyjski ale chyba na podobny wzór robiony. Piękna droga, która nie przebiegała już przez żadne miasto, żadnych fotoradarów, żadnej policji i ruch sporadyczny. Mimo to bałem się przekroczyć przepisy i jechałem tak 100-110km/h co Jolę drażniło bo to naprawdę było usypiające. Po dłuższej jeździe doceniłem ruch w Polsce i fotoradary które zmuszają człowieka do ciągłej koncentracji. Wiedziałem że i tym razem mamy do przejechania coś koło 450 km a cały dzień na to, więc chciałem zajechać do Świecian by pokazać ładny kościułek który zobaczyłem na google earth. Mimo to zostawiliśmy to na podróż powrotną by ewentualnie w razie jakiś problemów mimo to dojechać do granicy z Rosją i tam się przespać by z rana przekroczyć granicę. Granica z Łotwa była jak i Litwą, mineliśmy ją bezproblemowo i znów do zdjęcia Jola pozowała przy "Latvijas Republika". Przywitał mnie także napis ostrzegający "This area used camera speed control" czy jakoś tak. Przez całą trasę zobaczyłem może 2 niby fotoradary ale nawet jeżeli były to wątpię by działały. Tu także zobaczyliśmy czym różni się Litwa od Łotwy. Na dzień dobry przywitała nas droga tak połatana i wybrzuszona że jakimś niskim samochodem nie byłoby szans przejechać. Wsie biedne i obskurne z ludźmi jak żywymi trupami. W Daugavpils które było około 20 km od granicy zetkneliśmy się z pierwszym kościołem prawosławnym zrobionym na wzór cerkwi tych malowniczych i majestatycznych. Stanąłem na krawężniku mimo Joli protestów i wyszedłem z aparatem zmuszając ją do pozowania mi na co odburkneła wesoło że jak będę stawał przy każdym kościele jaki napotkamy to do końca roku nie dojedziemy na miejsce. Pomyliła się, tu był już Tranzyt pełną gębą, nie mineliśmy nic poza sporadycznie opuszczanymi chatami dawno temu. Same drzewa i droga której jakość bym przybliżył do naszej gierkówki sprzed 10 laty gdzie były koleiny i łata na łacie. Dwa państwa a od razu jaką widać różnice, tam Europa jak się patrzy a tu tylko brakowało jakiś romów do kompletu. Ruch zmniejszył się już do spotkania 1 samochodu na jakieś 30 min, więc nie byłoby wesoło gdyby coś się z autem stało. Do granicy z Rosją dotarliśmy o 18:30, wybrałem tę granicę bo jedno zdjęcie jej było na google earth, z jedna ciężarówką i jednym szlabanem. Mijając ciężarówki które nie stały w kolejce, rozglądałem się za miejsce do spania. Wkońcu dotarliśmy do kolejki osobówek, nie powiem byłem zaskoczony bo samochodów było może ze 30 a może 40, ale stały dość daleko od granicy która była normalną granicą a nie tylko szlabanikiem. Jola wypaliła że stoimy już, ja oponowałem bo przecież wizy mieliśmy od 6 września, ale ona jak zwykle nieugięta postanowiła że zaryzykujemy bo te parę godzin to nas na pewno przepuszczą. Nie powiem, pomysł uważałem za szalony i do tego sama myśl że mieliśmy spać po rosyjskie stronie a nie Łotewskiej sprawiło że byłem pełny obaw. Po wyjściu z auta by się zoorientować okazało się że mimo iż auta były na Łotewskich rejestracjach, to kierowcami byli sami Rosjanie którzy w większości się znali - klawo nie? Powiedziałem Joli że jak chce spróbować to może ale tylko jak sama będzie prowadzić. Ja czekałem na smsy z Polski w sprawie meczu z Irlandią północną, gdy wiedziałem że było 0:1 a skończyło się na 1:1 bliski żałoby czekałem na rozwój naszych wydarzeń. I jak tu takiej farciary nie kochać? Do pierwszej kontroli dotarliśmy o 22:03, jako że Rosja jest w strefie czasowej + 2 godziny, była już u nich 24:03 czyli 6 września! Obydwoje zgodziliśmy się że byśmy nie przeszli gdyby nie ten fart a już opisuję dlaczego. Pierwsza bramka - przy której sprawdzili nam paszporty i wizy które przeciągane były przez komputer, dostaliśmy 3 małe kartki w języku rosyjskim i angielskim takie jak przy przejściu na granicy z Ukrainą - kto, po co i gdzie? W zasadzie 2 były dla nas plus jedna zapasowa i jedną dużą tylko w języku Rosyjskim. Druga bramka - po dojechaniu tam okazało się że małe kartki mamy w 75% wypełnione bo parę miejsc zostawiliśmy pustych nie wiedząc co wpisać, dużej kartki wogóle nie wypisaliśmy bo nie wiedzieliśmy jak. Jola wyprosiła o pomoc i całe szczęście że trafiliśmy na miłą panią która postanowiła za Jolę jako kierowcę wypełnić ją a Jola na nowej miała ją przepisać. Ciekawostką jest to że owa kartka musiała być wypełniona w języku i pisowni rosyjskiej, karta ta dotyczyła pojazdu, gdzie zmierza, gdzie jest zarejestrowany, kto jest właściecielem, ile ma przebiegu, który rok rejestracji i produkcji i takie inne wymyślania. Trochę dziwne że ktokolwiek chcący zwiedzić Rosję musi znać ich język i pisownie, może to być barierą nie do pokonania dla niektórych ale dla chcącego nic trudnego. Musieliśmy poczekać aż cała nasza kolejka minie i w sumie zostaliśmy sami na granicy. Pani do Joli o imię, nazwisko, data urodzenia, cel wizyty i osłupiała. Gdy Jola powiedziała że jesteśmy turystami chcacy zwiedzić Sankt Petersburg autem nie mogła się nam nadziwić. Byliśmy pierwszymi takimi z jakimi ona się spotkała, autokary tak ale samochodem sami to jeszcze nigdy. Ktoś tam ją wzywał czy ma puścić następną serię aut na co ona powiedziała że nie ma narazie czasu bo ma turystów własnym samochodem z polski. Nie do końca wiem co mówili ale typ też się zdziwił i wymienili parę zdań godnych podziwu na nasz temat i chyba co o tym sądzą. Gdy już wszystko było wypełnione trzeba było odjechać..... 3 metry by inny pan znów wziął paszporty, zieloną kartę, ubezpieczenia wszystkie nas i auta i zaczął sprawdzać auto. Gdy dotarliśmy do bagażnika w którym była pościel nasza poskładana, walizka z rzeczami, walizka z naczyniami i materac rozłożony aż pod przednie siedzenia, zawołał panią co nam pomagała wypełniać. Obydwoje patrzyli na bagażnik i na nas z pełnym podziwem że postanowiliśmy się do nich wybrać. Po 3 sprawdzaniu znów trzeba było odjechać 3 metry gdzie znów wszystkie papiery nam przetrzepali dokładnie i wkońcu znaleźliśmy sie na terytorium federacji rosyjskiej. Było około 23 naszego czasu a ich 1, spojrzeliśmy z Jolą na siebie i stwierdziliśmy że jeszcze nigdy na żadnej granicy takiego trzepania i sprawdzania nie zaznaliśmy. Odjechałem może z 50 metrów i zatrzymałem się na stacji benzynowej na nocleg. Do Joli tylko szepnąłem słówko że miała rację z tą granicą bo gdybyśmy jutro mieli ją przekraczać to stracilibyśmy ze 6 godzin a tak może już będziemy na miejscu.

Dzień 3 Niedziela.
Jako że rozwijam za bardzo opowieść z tej wycieczki, postaram się skrócić to jak tylko mogę. Rano pobudka, zobaczyłem że pomyliłem się w swoich obliczeniach o 100km gdyż na liczniku miałem 903 km. Szybko na stacji dowiedzieliśmy się gdzie można pieniądze wymienić i wymieniliśmy. Był to sklepik spożywczy gdzie pani wyliczyła za 100 euro 4000 rubli, powiedziałem Joli że pewnie to przekręt ale mimo to wymieniliśmy 400 euro. Zatrzymałem się przed stacją gdzie była rozpiska w jakim kierunku na co jechać w cyrylicy i normalnie co oczywiście przepisałem sobie po "cyrylickiemu" by wiedzieć na później którędy jechać. Szybko zatankowaliśmy paliwo do pełna w cenie 19 rubli za litr czyli 1.90zł. Dziwne mi było że zostało mi niecałe 1/4 baku a mimo to weszło 54 litry, ale cóż to i tak było 100 zł. Za stacją znów osłupieliśmy........następna bramka? o co tu chodzi? Okazało się że kawałek drogi to teren prywatny i trzeba zapłacić 300 rubli. Jola dostała rachunek na to i po przekroczeniu 5 bramek byliśmy już na pewno w Rosji. Droga do Ostrova była przerażająca, droga była nawet wporządku ale wszystko dookoła jakby obumarłe, pola, domy, świat. Ale pal to licho jedziemy mimo wszystko. W Ostroviu dobitka na trasę na Psków i po 50 kilometrach jesteśmy w Pskowie. Obejrzeliśmy je tylko z przejazdu mijając między innymi dumny pomnik poświęcony ich wojnie i wylecieliśmy na główną trasę do Sankt Petersburga. Nie powiem bo zaskoczony byłem strasznie tym że zawsze pisane było w 2 jezykach miasta na jakie jedziemy a to już dawało mi ulgę bezpieczeństwa. W skrócie napiszę że w Rosji jaką ja widziałem, jeździ się jak w Polsce dawniej, jak stoi policja to wszyscy ci światłami pokazują, jak zjedziesz to awaryjnymi dziękują. Kultura na maxa tak że wogóle nie dostrzegłem różnicy gdzie jestem, ruch w miarę duży ale mimo to jazda przebiegała wspaniale. Najfajniej wyglądało to jak stała policja, sznur samochodów jechał zgodnie z regulaminem by po minięciu policji od razu zaczął się wyścig szczurów. Jak przykładowo jechało 100 aut to 50 jak jeden mąż wychylało się by samochód przed sobą wyprzedzić. Zaznaczyć musze że tam Łada czy Moskwicz to przeżywają najlepsze lata, więcej tych aut było na trasie więcej niż zachodnich. Nie powiem bo zaskoczeniem dla mnie też jest jazda niektórych bez świateł w deszcz, w nocy, w mgłę, i bez tablic rejestracyjnych. Sankt Petersburg przywitał nas około 10 km od jego granicy gdy jadąc trasą ze wzgórza widać było metropolię pełną gębą. Zatrzymaliśmy się na granicy miasta by znów fotki zrobić i uderzyliśmy w kierunku centrum by coś zjeść. Na liczniku było dokładnie 1300 km. Na reklamę McDonalda długo nie trzeba było czekać i po zjedzeniu poszukaliśmy pierwszej lepszej stacji benzynowej na której zakupiłem mapę miasta. Problem w tym że owa mapa była znów w cyrylicy ale mimo to dla chcącego nic trudnego, miła pani ze stacji usiadła z nami w kąciku gdzie pokazała gdzie jesteśmy a gdzie chcemy jechać. Nie powiem, też oczy wybałamuszyła gdy powiedzieliśmy że jesteśmy turystami na własną rękę. Wyliczyłem sobie trasę i już jechaliśmy Moskovsky Prospect w kierunku centrum mijając całkowicie przypadkowo pomnik Lenina na tle ogromnego gmachu partyjnego, coś na zasadzie bramy Branderburskiej i wielu kamienic ozdobnych i pięknych. Jeżdżąc po Sankt Petersburgu dziw bierze że w formule jeden nie ma kierowcy z Rosji, w tym mieście mimo że po sezonie jest masyw aut które mając szczelinę kilkucentymetrową wciskają się na siłę. Przecinając Nevsky Prospect czyli naszą Piotrkowską, stwierdziłem że by dokładnie zwiedzić to miasto to trzeba by tygodnia. W późniejszym czasie stwierdziłem że się mimo to pomyliłem bo niewiem czy w miesiąc by się je dokładnie zwiedziło. Tak więc przejechaliśmy mostem Troickim i się zatrzymaliśmy przy jakimś statku. Obeszliśmy kawałek by znaleźć się przy muzeum militarnym gdzie mimo zamknięcia, przed nim wystawionych było wiele dział wojennych przy których można było robić zdjęcie za zdjęciem. Wróciliśmy do auta i zaczeliśmy objeżdżać okolicę by znaleźć statek Aurora. Miasto w tej części czaruje pięknem majestatycznym że aż wiele razy się zatrzymywaliśmy by przyjrzeć się temu wszystkiemu. By dotrzeć do statku staraliśmy się zaczerpnąć informację u rybaków którzy łowili w Newie, każdy umiał powiedzieć jak dotrzeć do niego komunikacją miejską ale autem już nie wiedzieli jak to wytłumaczyć. W końcu zapytaliśmy młodzież przechodzącą i zaraz znaleźliśmy się przy Aurorze, najfajniesze jest to że statek był od naszego pierwszego postoju raptem może ze 300 metrów tylko że za rogiem. Mrok już zapadał więc trzeba było znaleźć spanie, znalazłem za 3 mostem w lewo gdzie na mapie dostrzegłem parę stacji i tak zatrzymaliśmy się przy dworcu Ladoga gdzie na parkingu przy stacji postanowiliśmy się przespać. Nie powiem bo podróż trochę dała mi się we znaki i ja zasnąłem bez problemu, Jola zresztą też ale długo myślała o biegających szczurach bezczelnie po parkingu. Ale czy to coś dziwnego? We francji biegały tak że krzaki non stop dostawały padaczki, we włoszech to samo, a w polsce jest inaczej? Nie! Więc nic nowego.

Dzień 4 Poniedziałek
W nocy trochę przymarzłem bo ja zawsze śpię w bokserkach z rozpiętym śpiworem na maxa, Jola spała w getrach i bluzie w zapiętym śpiworze. Z rana postanowiliśmy że najpierw coś zjemy a potem zwiedzamy. Jadąc Moskovskim, widziałem wiele MacDonaldów po drodze, więc wystarczyło się wracać. Mimo że to drugi dzień to po starówce śmigałem już jak po łodzi, parę ulic, czasem intuicja i dostosowanie się do stylu jazdy tutejszych spowodowało że poza tablicą rejestracyjną nie różniliśmy się w ogóle. Przy statku Jola szukała informację o pierwszym domie Piotra pierwszego, domie który miał i zamieszkiwał zanim pałac mu wybudowali. Pytając straganiarzy nikt nie wiedział o co chodzi, dopiero gdy Jola zapytała starszej osoby o to, to poznała lokalizację w 80%. Był on od nas około 200 metrów, miał to być zabudowany domek ale nic takiego tu nie widać było, zagadałem z taksówkarzem któremu tłumaczyłem na wszystkie mi znane sposoby "small house, little palace, little house, first house" itp itd dokańczając za każdym razem że chodzi o "First Peter, Peter one, king Peter, Car Peter" taksówkarz wypalił "aaaaa meleńki domek" czułem jak ze wstydu krew burzy mi się na twarzy. Nie powiem nie spodziewaliśmy się tego, maleńka budowa, kryła w sobie piękno historii. Wstęp 200 rubli, zdjęcia 200 rubli, Jola nie chciała zdjęć bo szkoda jej było kasy, mnie nie było szkoda, być tu a nie mieć zdjęć było dla mnie niepojętym. Gdy weszliśmy do tego budyneczku odkryliśmy zwykłą chatkę wiejską ala lepiankę która była jednak schowana w nieco większym budynku by nie ulec zniszczeniu. Oto dom w którym car Piotr pierwszy postanowił zbudować tę niezwykle piękną metropolię, dom w którym wszystko co dotyczyło tego miasta miało początek. Wrażenie nie do opisania, pięknie zachowana drewniana chatka która ma może 2 czy 3 pokoiki i nic więcej. Z boku była jeszcze ręcznie zbudowana łódka drewniana przez Piotra pierwszego który był pasjonatem morza. Żałowałem że nie przygotowałem się do tej wycieczki jak należy ale za to Jola trochę nadrabiała mając spisane ogólne informacje o tym co właśnie błyszczało w naszych oczach. Następnym punktem zwiedzania była Katedra Św Pawła i Piotra w twierdzy Pietropawłowskiej gdzie wkońcu ku swojej wielkiej radości nabyłem mapę miasta w języku angielskim. Zwiedzanie z zewnątrz tej fortecy jest czystą przyjemnością ale wstęp do Katedry kosztował nas 300 rubli od osoby. Katedra jest przepiękna, inna niż nasze i to jest jeszcze bardziej interesujące, wciągające. Malowidła na ścianach są takie same a jednak inne, wystrój kościoła imponujący, te złocenia wręcz pałacowe - cudo. Dookoła krypty ze zmarłymi carami powodują że od wejścia człowiek czuje historię przez skórę. Jako że pogoda nie za bardzo nam dopisywała to humor i radość bycia w tym pięknym mieście nie odpuszczało nas nawet na trochę. Jola na pamiątkę kupiła sobie parasolkę ze zdjęciami Sankt Petersburga za 1200 rubli a ja jej książkę przewodnik po polsku z ilustracjami. Teraz przyszła kolej na śniadanie, więc MacDonald na placu Sennaya był jak najbardziej na miejscu. Tam też znaleźliśmy coś co w polsce też jest znane - gazetę Metro którą zabraliśmy sobie na pamiątkę. Jako że stanąłem w bocznej jednokierunkowej ulicy to wyjechać chciałem na intuicję. Trochę się zagubiłem ale wylatując na jakąś wiekszą ulicę i widząc w oddali jakiś zabytek postanowiłem więcej nie kombinować tylko dojechać na miejsce i wtedy się zoorientować gdzie jestem. Szczęście nas nie opuszczało gdyż była to ulica prowadząca do ogrodu Admiralickiego, mijając piękną fontannę z przodu budynku skierowaliśmy się w prawo by znaleźć miejsce do zatrzymania się. Wtedy totalnie odjechaliśmy, przed nami znajdował się przepiękny przeogromny pałac zimowy z kolumną Aleksandra na środku. Miejsce do zatrzymania znalazłem przy rzece nad którą stał pałac i poszliśmy wspólnie zwiedzać tę majestatyczną budowlę. Idąc bokiem tego gmachu nie mogliśmy nadziwić się tym rzeźbom, złoceniom i wielu wielu innym rzeczom. Gdy wkońcu wyszliśmy na plac, zaparło nam dech w piersiach, ten pałac to był prawdziwy pałac. Człowiek nie jest kolejny raz w stanie opisać tego piękna jakie rozpościera się tam. Patrząc z bliska na kolumnę człowiek czuje się sam wmurowany w ziemię. Dookoła plac i budynki tak zaprojektowano by przypominał plac św. Piotra w Rzymie. Sztab generalicy której wejście na plac przypomina trochę Bramę Branderburską. Prawie na środku stała do tego karoca sprawiając wrażenie że człowiek naprawdę cofną się w czasie. Później poszliśmy jeszcze do fontanny przy Admiralicji i pojechaliśmy do Ławrów Aleksandra Newskiego. Cmentarze z klasztorem pośrodku znów wbijają nas w ziemię. Ale postanawiamy zwiedzić tylko cmentarz gdzie znajdują się groby Dostojewskiego, Czajkowskiego i Domeyko. Mimo to bilet obowiązuje na wszystko tak więc obeszliśmy najpierw ten pierwszy cmentarzyk których przepiękne stare pomniki znowu nas oczarowałyno i poszliśmy na nasz zaplanowany cmentarz. Z cmentarza następnym punktem była Cerkiew "Zbawiciela na Krwi" wizytówka Sankt Petersburga. Najprostsza droga prowadziła przez prawie cały Nevski Prospect. Przejechanie tą pięknie zdobioną ulicą wstrzymuje oddech każdemu turyście który się tam znalazł. Jola była tak oczarowana że pstrykała zdjęcie za zdjęciem. Skręciłem w małą uliczkę wzdłuż kanału prowadzącego aż do cerkwi i zaraz za rogiem zatrzymaliśmy się. Gdy wysiedliśmy to oniemieliśmy ponieważ z każdej strony był wspaniały zabytek. Wzdłuż kanału cerkiew ciągneła nas jak magnez, z drugiej strony bajkowa katedra Kazańska i na rogu wspaniały dom Siemensa. Ale na start wybraliśmy cerkiew "Zbawiciela na krwi". Szliśmy tam jak opętani, ale nie że szybko, wręcz przeciwnie, wolno, z oczami wpatrzonymi przed siebie jak ta cudownie piękna budowla coraz bardziej się ukazuje naszym oczom. Gdy dotarliśmy już do niej to nie byliśmy w stanie uwierzyć że naprawdę tu jesteśmy, patrzeliśmy na siebie ze łzami w oczach że nam się udało. Jola zawsze marzyła by zobaczyć taką cerkiew na własne oczy co zawsze przypominała jej dzieciństwo (jako dziecko widziała ciągle na wystawie w sklepie czekoladki z namalowaną na pudełku cerkwią, marzeniem jej było kiedyś kupić te czekoladki). Gdy po paru minutach w końcu wróciliśmy do swych ciał z podróży zachwytu, postanowiliśmy poszukać kasy, a może da się wejść do środka? I znów szczęście nam dopisało bo dobiegałem do kasy gdy pani już w połowie zasłoniła okno symbolizując zamknięcie. Wejscie chyba 350 rubli i tak znaleźliśmy się w środku. Jola odpłyneła, niedocierało do niej nic tylko chodziła i zaczarowanymi oczami podziwiała wnętrze. Ja poczułem się jak w bajce, z zewnątrz budowla wygląda jak zamek z Disneylandu ale wnętrze było jak z bajki religijnej. Wszystko co było przed moimi oczami pokryte było pięknymi malowidłami od podłogi do sufitu, pstrokacizna a tak piękna. Nie mogłem uwierzyć w to co widzę, starałem się znaleźć chociarz centymetr ściany nie objęty tą bajką ale nie znalazłem. To było jak człowiek pokryty tatuażem w dokładnie 100 procentach. Otrzeźwiawszy, zaczełem Joli robić zdjęcia, nie zwracała nadal uwagi na mnie. Dopiero po czasie mnie zawołała i wbiła w ziemię. Oznajmiła mi żebym zwrócił uwagę iż to nie są malowidła a ceramiczna robota. Podszedłem do ściany i oniemiałem, miałem przed sobą obraz który składał się z tysięcy kosteczek tworzących to pięknę dzieło. Potem rozejrzałem się na całą cerkiew w której dziesiątki obrazów, fresków było w ten sam sposób zrobionych, ściany, kolumny, sufit - dosłownie wszystko. To było ponad moje wyobrażenie, z wiadomości jakie zaczerpneliśmy, taki wystrój jest jeden tylko na świecie i my go właśnie podziwiamy. Na sam koniec Jola pokazała mi miejsce odgrodzone specjalnie gdzie jakby dla abstrakcji zostawili kawałek dawnej podłogi. Nic z tego, to był kawałek bruku na którym śmiertelnie godzili cara. Po wyjściu z niej przyszła kolej na fotki z zewnątrz których napstrykałem a chyba z 30 albo 40 by mieć właściwy wybór. Idąc spowrotem wzdłuż kanału ale z drugiej strony dopiero teraz zobaczyliśmy galerię reprodukcji znanych dzieł wystawionych na całej długości kanału aż po Katedrę Kazańską. Jeszcze tylko na rogu weszliśmy do domu Simensa w którym o dziwo mieścił się nasz odpowiednik Empiku. Katedra Kazańska to kolejna przecudna budowla wzorowana na placu Św.Piotra. Nie da się tego opisać słowami. Po wejściu do środka pierwszy raz spotkałem się z inną religią i ich zwyczajami które zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Malowidła na ścianach przepiękne no i obraz Matki Boskiej Kazańskiej do której kolejka stała cały czas i wszędzie palące się kadzidła. Postanowiliśmy ją troszkę obejść dookoła gdzie trafiliśmy na mały mostek ale za to jaki? Bankowski mostek był ozdobiony pięknymi lwami którzy zionęli z pyska stalową liną która raczej jest dekoracją niż miałaby trzymać ten malutki mostek. W drodze powrotnej jako że już wieczór był a my nic od rana nie jedliśmy Jola postanowiła że nie McD. a zjemy jakieś orientalne jedzenie które będzie też tanie. I zaraz znaleźliśmy przytulną knajpkę która z wyglądu wystroju jak i ubioru obsługujących mogła by się nazywać wiejskie jadło. Zamówiliśmy i zjedliśmy po średniej porcji i padłem śmiechem bo za - już chłodne, średnio smaczne żarcie które podsyciło a nie nasyciło - zapłaciliśmy 700 rubli gdzie w macu płaciliśmy średnio 400. Jako że obiecałem Joli spacer Nevskim Prospectem tak teraz była odpowiednia pora, zbliżała się 21 i już niebo było czerwone z jednej strony a już mroczne z drugiej. Na dziś zaplanowaliśmy też oglądanie mostów zwodzonych które mają tu miejsce co noc, umożliwiają przepływ statków do zatoki od 1:25 w nocy. No więc idąc tym razem tą cudowną ulicą zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych rzeczy, na wzmiankę zasługuje chociażby pomnik Carycy Katarzyny drugiej ustawiony po przeciwległej stronie teatru komedii. Zapadała coraz bardziej noc i gdy wracaliśmy nie obyło się bez zaglądania do swego rodzaju hortexu, gdzie Jola zaproponowała podczas słodkiego posiłku, byśmy pojechali zobaczyć pomnik Lenina który mijaliśmy dnia poprzedniego. Znałem drogę i wiedziałem że mamy czas, godząc się, już mkneliśmy pięknie oświetlonymi ulicami Sankt Petersburga. Gdy dojeżdżaliśmy byliśmy nieco zdezorientowani, tłum ludzi stał przy zmiennie kolorowych fontannach które raz lżej raz mocniej buchały jak najwyżej. Zaparkowaliśmy samochód i o dziwo usłyszeliśmy coś w stylu jakiegoś marszu rewolucyjnego, akurat odpowiedniego do miejsca. Zbliżając się do fontann coraz lepiej można było dostrzec taniec wody pod muzykę. To było coś pięknego naprawde, widowisko światła i dźwięku na skalę światową, kolory wody tryskającej co trochę się zmieniały i tryskały raz żwawiej raz łagodniej. Choreografia tego pięknego widowiska była idealnie dopracowana. Niesmak budziło tylko że na placu pod samym Leninem jak i przy fontannach można było dostrzec chyba raczej tutejszą młodzież która przyszła się zabawić. Wódka, zakąska i popitka stała co parę kroków. Porobiliśmy znów mnóstwo fotek i gdy odeszliśmy w kierunku pomnika by tam też zdjęcia porobić, skończyła się muzyka a fontanna już równiutko spokojnie lała się mieniąc się już tylko od białym lamp. Zbliżała się 23 więc postanowiliśmy pojechać pod pałac zimowy przy moście Dworeckim, pierwszym jaki się otwiera by za wczasu zarezerwować miejsce. Jola była wyczerpana już strasznie a ja chciałem jeszcze po ciemku pójść jeszcze raz na plac przed pałacem zimowym by w pięknie oświetlonym miejscu porobić znów fotki swojej supermodelce. Ale nic z tego, była naprawdę wyczerpana i coś źle się poczuła więc podgrzałem jej siedzenie i kazałem rozłożyć by się zdrzemnęła. Mijały minuty a my mieliśmy najlepsze miejsce, z nudów zaczełem sobie czytać Joli przewodnik co jej kupiłem. Zbliżała się północ, z jednej i drugiej strony ktoś do nas dołączył, o 1 w nocy byliśmy zastawieni przez parę aut które co trochę odjeżdżały na widok zbliżającej się policji, my w małym wydzielonym pasie na może 6-8 aut wzdłuż krawężnika staliśmy a inni ustawiali się z boku na 2 a czasem 3 rzedy totalnie zajmując pasy jazdy. Około 1:10 podjechał Autokar z którego wylali się ludzie którzy dosłownie otoczyli nasz samochód bo był poczęstunek szampanem za dotarcie do celu. Okazała się to polska wycieczka gdzie zaraz zagadaliśmy z paroma osobami. Dziwne w polsce człowiek nie przywiązuje tak wartości spotkania rodaka jak daleko od domu. Wycieczkowicze przyjechali na 7-dniową podróż do Sankt Petersburga za 2600+wizy+wstepy do muzeów i innych atrakcji. 2 dni jechali w jedną stronę, tu mieli 3 dni podczas których zwiedzą miasto, Peterhof i carskie sioło i powrót. Nas cała wycieczka na 2 osoby kosztowała niewiem może 2.500 może 3000 złotych gdzie poza tym co oni jeszcze zachaczyliśmy rygę i zwiedziliśmy Wilno. O 1:20 staliśmy już po drugiej stronie w oczekiwaniu na podniesienie mostu. Ja w grach czy na filmach widziałem takie coś setki razy, ale na żywo gdy nagle cała ulica z lampami i wszystkim pozostałym rozrywa się na pół by stanąć w pionie to jest to coś. Najwięcej ludzi zawsze jest przy dworskim bo jako pierwszy się podnosi, przez pierwsze 10 minut nie ma się gdzie przecisnąć, Po 10/15 minutach od przepłynięcia pierwszego statku, człowiek jest sam. Napstrykaliśmy zdjęć pełno gdy wstawał, potem poszliśmy sobie zrobić przy ścianie z drogi fotki no i na końcu jak przepływały statki. Gdy ktoś po drugiej stronie mostu przypadkowo utkwi to ma niemały problem z powrotem do miasta głównego. Najbardziej podobno spektakularnie wygląda to podczas białych nocy. Zbliżała się 3 w nocy lokalnego czasu więc teraz czas na szukanie spania. Chciałem znaleźć jakąś stacje już na trasie wylotowej z Sankt Petersburga na Peterhof ale jak się okazało mapa angielska była z 2006 roku i do tego z małymi niedociągnięciami. Bezradni wkońcu po godzinie błądzenia wróciliśmy w pobliże centrum i zatrzymaliśmy się po 4 prawie pod blokami mieszkalnymi przed hotelem moskwa, i mimo że patrol 2-osobowy nam się przyglądał przechodząc obok nas, nie zwrócili nam uwagi widząc że spanie sobie szykujemy.

Dzień 5 Wtorek.
Wstaliśmy około 10 rano, szybki pakunek i już jedliśmy w Macu niedaleko pomnika Lenina który jakby złośliwie można powiedzieć, wskazywał mi drogę od początku gdzie mam jechać a ja głupi po nocy szukałem trasy. Więc jako że w nocy ciężko było zrobić ładne zdjęcia Joli z pomnikiem bo jednak moim zdaniem bardzo słabo jest oświetlony a już o gmachu nie wspominając, to teraz się zatrzymaliśmy. Fajne była też akcja która wiele może mówić, otóż za pomnikiem w małej uliczce gdzie stają autokary, stoją także samochody wyładowane towarem straganiarzy. Nie byli jeszcze rozłożeni ale i nie było ich widać poza jednym za którym się zatrzymałem. Wysiadam a on do mnie oburzony tekstem jakoś takim "A ty szto? Polsza maszina?" Patrząc na niego zdziwiony mówię "No przecież jestem Polakiem" i się uśmiechnąłem. Facet zdrętwiał z początku by za chwilę się uśmiechnąć i "A ty Polsza" i już uśmiechem serdecznym patrzył na mnie i z zaciekawieniem. Zrobiliśmy parę fotek pomnika wraz z gmachem przy pięknym świetle słonecznym i ruszyliśmy w stronę Peterhofa. Mam problem z opisaniem Peterhofa, uwarzam że nawet niewiem jak wyniesione do granic możliwości słowa zachwytu, będą obelgą że tak skromnie opisałem to bajeczne miejsce. Więc pominę kwestię zachwytu mimo że serce krwawi z rozpaczy i przejdę do opisu naszego obchodu. Bilety kupiliśmy chyba po 300 rubli, dnia poprzedniego widziałem co i jak w przewodniku, więc jak po wejściu z daleka zobaczyłem punkt docelowy składający się z około 140 przecudnych fontann to kazałem Joli zamknąć oczy. Szliśmy wzdłuż zamku aż do jego środka i delikatnie po schodkach w towarzystwie niesamowitych szumów fontann zeszliśmy na dół gdzie Jola już na mnie się trochę zezłościła że robię jakieś podchody. Gdy ustawiłem ją w odpowiednim miejscu i kazałem otworzyć już oczy, jej "O ja .......(zatkało)" i wyraz twarzy był dla mnie dowodem że warto było się zabawić odrobinkę. Pstrykałem zdjęcia za zdjęciem a tej oczy latały po wszystkim z niepojętym wyrazem. Gdy doszła do siebie zrobiliśmy sobie także wspólne fotki i poszliśmy wzdłuż promenady do zatoki Fińskiej. Co mostek łączący jeden brzeg z drugim wyskakiwaliśmy na fotki. Na końcu było coś w rodzaju mini mola skąd były rejsy statkami wokół Sankt Petersburga którego w oddali na prawo było ledwo co widać. Po prostej mimo że zatoka to piękny Bałtyk witał nas radośnie. Z powrotem poszliśmy też do innych pięknych fontann i tak wracając już do pałacu zobaczyliśmy gołębie i wiewiórki które ludziom z ręki jadły. Jola oczywiście jak dziecko wyskoczyła by sama spróbować szczęścia i nie udało mi się zrobić zdjęcia gdy wiewiórka zeszła do połowy drzewa i opierając się tylnymi łapami na drzewie a przednimi na Joli ręce, zabrała orzecha. Po dotarciu do pałacu znowu trochę się zasmuciłem bo chciałem go zwiedzić ale Jola powiedziała że pałac będziemy na pewno zwiedzać w Carskim Siole, więc szkoda tu wydawać kasę na coś co podobnego, będziemy oglądać tam. Z Peterhofa przyszedł czas na Carskie Sioło. Wyjeżdżając z Peterhofa dostrzegliśmy piękną Cerkiew ,też z innej epoki Szybko odbiliśmy by przyjrzeć się z bliska tej pięknej budowli i jej wnętrzu. Wrażenie nie do opisania. Potem powrót do Sankt Petersburga gdzie była odbitka na kierunek, który nas interesuje. Dotracie do Carskiego Sioła zajęło nam bardzo dużo czasu z racji błędnego założenia Joli iż Krasne Sieło to Carskie Sioło. Otóż to była miejscowość w której nikt nie miał pojęcia o czym mówimy. Po bardzo ciężkich nerwach tłumacząc rosjanom młodym i starym po polsku i angielsku a nawet i rusku, nikt nie wiedział o co nam chodzi. Owszem ruski mogliśmy łamać, polskiego mogli nie rozumieć, ale Palace of Katherina, Car Palace czy Castle of Katherina, nie było mowy, wszyscy patrzyli się na nas jak na idiotów co wiele razy wyprowadzało mnie z równowagi. To jest nie jeden przypadek takiego zajścia bo nie wiem może bo po sezonie ale wszędzie w Petersburgu gdzie chodziliśmy i się pytaliśmy po angielsku nikt nas nie rozumiał, czy to w kasie, czy to ktoś z obsługi. I tak było i w Carskim Siole gdzie wkońcu dotarliśmy jakimiś polnymi drogami. Było już po 16 więc cieszyłem się że zaliczając to miejsce będę mógł uderzyć w stronę granicy gdzie znów powstał swego rodzaju obsurd, bo zdecydowaliśmy będąc od 3 dni w Rosji że bezpieczniej będzie spać tu niż przekroczyć granicę do Estoni której się nie zna. No ale wracając do przypadku kompetencji obsługi miejsc turystycznych dla turystów zza granicy. Po dojściu do kasy pytamy się o bilety do pałacu gdzie pani układając całe ręce na znak X 09.09. Podeszła do mnie i powiedziała że chyba otwarte będzie od 9 września, ale który dziś mamy? Siódmy, więc czekamy do pojutrza - rzuciłem Joli na co ona załamała i powiedziała że mowy nie ma. Mnie nagle jakoś jak wyliczałem dni wyszło że dziś to 8 czyli od jutra, na co Jola jak usłyszała bardzo się ucieszyła, zapytaliśmy od której otwarte i znów problem ze zrozumieniem. Widzieliśmy wiele godzin tam podawanych przy literach dla mnie nie pojętych, podeszłem do pani co sprawdzała bilety i starałem po angielsku coś wskurać ale dupa - dla niej angielski jest jak dla nas Chiński. Jola zaraz przyszła do mnie i nie będąc pewna czy dobrze zrozumiała ale chyba tak to pałac jest otwarty codziennie od 10 do 12 dla grup i od 12 do 14 dla indywidualnych turystów. No szlag mnie trafił, jak można takie miesjce tylko tak sporadycznie otworzyć? Przez właśnie jak dla mnie debilizm musieliśmy teraz znaleźć sobie zajęcie w tym miasteczku zwanym Puszkin. Tym razem spaliśmy na stacji benzynowej pod samym Puszkinem.

Środa 6 dzień
Rano szybko pobudka, zatankowanie paliwa bo jakby nie patrząc jeżdżenie po Sankt Petersburgu zajęło mi ponad 150km i w okolicach drugie tyle, więc w baku pozostało 1/4 paliwa. Śniadanie zjedliśmy prawie pod zamkiem na trawniczku przy samochodzie gdzie rozłożyliśmy sobie koc wzbudzając sensację przechodniów i pobliskiej młodzierzy ze szkoły która była prawie naprzeciw. Rosja to nie włochy gdzie gdy ludzie widząc nas jedzących zawsze powiedzieli boane petit czyli smacznego. Gdy doszliśmy do kasy znów lekki niesmak bo nas tylko zamek interesował do którego wejście kosztowało chyba 550 rubli ale żeby tam dotrzeć trzeba wykupić bilet do parku który kosztował 160 rubli. Dotarliśmy do kolejki która już niemała stała przed zamkiem około 11:15. i weszliśmy chyba w 3 turze wpuszczanych turystów około 12:30. W między czasie kląłem na siebie bo Jola gdy poszła sobie okolice zwiedzić a ja stałem w kolejce to wróciła z handlarzem obrazów ręcznie malowanych na płótnie. Obraz a może obrazek nie był duży ale ładny, chciał za niego 100 euro lub 4000 rubli. Od razu Joli powiedziałem że powinna sobie kupić ale wkońcu zrezygnowała ostatecznie bo za drogo na co facet powiedział że da jej 2 za 150 euro. Nie chciała, facet zjechał na 100 za 2, Jola nie więc facet że 3 da za 100, to Jola powiedziała że chce jeden, to zawołał już 50, gdy się zastanawiała ja powiedziałem 40 na co się jak myślałem z ciężkim sercem zgodził. Wyjąłem pieniądze i wręczając Joli powiedziałem że to też na rocznicę prezent na co długo oponowała ale wkońcu przyjęła. Ja byłem zadowolony tylko parę minut bo facet nadal inne chciał wcisnąć Joli i gdy powiedział że za 50 sprzeda 2 już się zagrzałem ale gdy zjechał do 40 za 2 byłem już purpurowy. Kląłem na siebie że nie potargowałem się bardziej, nie że żałowałem pięniędzy na moje słoneczko ale wiedziałem że mogłem spokojnie kupić za tę kwotę 2 lub za ten jeden zapłacić 20. Wracając do pałacu, po wejściu zostaliśmy dokokpitowani do innej grupy i co wiadome było, przewodniczką była rosjanka. Bo tam nie było samopasu tylko z indywidualnych turystów robili grupę, dawali przewodnika i lecieliśmy już przez pałac. Pałac - wrażenie na mnie zrobił mieszane, częściowo dlatego że wszystko prawie się powtarzało, dlatego że nie rozumiałem przewodniczki i że lecieliśmy prawie z sali do sali w tłumie gdzie ciężko było zrobić zdjęcie takie jakie by się chciało. Warto wspomnieć i nie tylko mnie ale chyba i wszędzie jest to szczególnie podkreślane że wizytówką pałacu jest wielka sala tronowa i bursztynowa komnata. Sala Tronowa ładna ale żadnego zachwytu, moim zdaniem główna jadalnia w Pałacu Poznańskiego to jest coś, a tak weszliśmy do sali która stała kompletnie pusta, z jednej strony szmatą zakryta cała ściana powoduje swego rodzaju rozczarowanie, jedyne na co warto zwrócić uwagę według mnie to sufit który przedstawia przecudne malowidło, złocenia w sali nie robią wrażenia gdyż w drodze do niej widzieliśmy podobnych wiele, więc rozczarowanie duże. Komnata bursztynowa - rozczarowanie chyba największe jakiego mogłem doznać, zresztą nie tylko ja, fakt że wina może polegać w słowie bo komnata to nie hala ale ten pokoiczek maleńki był wyłożony bursztynem pięknie ale sporadycznie, z jednej strony okna i freski, sufit malowidła, a pozostałe ściany to ładny pas bursztynów na przemian z obrazami dużymi by jak najbardziej zapełnić lukę i by kolorystycznie wpasowany był do wystroju że z daleka wszystko w bursztynie wyglada a z bliska smutna prawda. Fakt że jest ona piękna ale rozczarowywuje bo wszędzie na zdjęciach wygląda to na komnatę odpowiednich rozmiarów i tu taki pikuś, no i moim zdaniem bursztynów garstka jak na to czego ja oczekiwałem. Po pałacu z lekka obejrzeliśmy park i między innymi tylko z dołu podobno przepiękną galerię Camerona a to tylko dlatego że była zamknięta i ruszyliśmy znów polami w kierunku Krasnego Sioła. Do granicy dotarliśmy bezproblemowo, przez te około 150 km policja stała chyba z 5 razy ale oczywiście zawsze o niej wiedziałem. Dotankowaliśmy do pełna a nawet i więcej bo odpowietrzałem i szturchałem samochód tak że przy dystrybutorze stałem z 15 min i jeszcze bym upchnął coś tam gdyby nie to że Jola już kazała mi przestać. Na stacji przeżyliśmy szok bo powiedziano nam że możemy przewieźć na osobę 2 paczki fajek i pół litra wódki a my już mieliśmy 3 kartony papierosów w bagażniku i ze 3 litry wódki. Jola poprosiła jeszcze o papierosy by pozbyć się pięniędzy i wyruszyliśmy do granicy. Oczywiście ja z ręki się przesiadłem i byliśmy 8 samochodem w kolejce na granicy Rusko-Estońskiej gdzie po Ruskiej stronie był Ivanogród a po Estońskiej Narva. Znowu wypełnianie deklaracji po rosyjsku gdzie Jola już dawała rade sobie bez problemu i pani zadała tylko pytanie gdzie spaliśmy na co Jola pokazała bagażnik, a pani co już nas nie dziwiło wystawiła oczy jak Jim Carey w Masce. Mnie serce waliło bardzo bo nie mamy nic do oclenia a Jola przestawiając torbę by pokazać co jest pod gąbką tak zagrała butelkami wszystkimi że już siebie widziałem z kulą u nogi na syberii. Ale wszystko ok i jeszcze tylko granica Estońska na której Jola zrobiła niemałe zamieszanie. Światło pokazało się zielone więc Jola podjechała pod szlaban na co wyszedł pan i zaczął jej coś tłumaczyć, nie mogąc się w żaden sposób porozumieć pan poprosił Jolę parę metrów wcześniej oznajmiając jej że stała na pasie dla autobusów a nie osobówek, ale jak już podjechaliśmy to nam otworzy. Piszę to w skrócie bo mimo iż obydwoje się śmiali z braku porozumienia się ze sobą, patrzeć na to - bezcenne. Ja mało rozumiałem ale pan do Joli w pewnym momencie "A paciemu nie uczit sia ruski jazyk" czy jakoś tak na co Jola rozłożyła ręce. Facet z uśmiechem na twarzy machnął w końcu ręką i dalej nas puścił do sprawdzania auta. Gdy wszystko było ok, Jola poszła tylko do budki gdzie był znów ów pan i z uśmiechem na twarzy wypalił do Joli "A idu mi już" i dał znak że możemy już jechać. Jesteśmy w europie, niewiem czemu ale żal było mi wyjeżdżać z Rosji, niewiem też czemu czułem się tam bezpieczniej niż tu, czułem się jak wtedy gdy pierwszy raz opuszczałem swoją ojczyznę - dziwne. Wjeżdżając do Estoni od razu przywitała nas stacja benzynowa z MacDonaldem. Musieliśmy iść wymienić pieniądze bo nie chcieli przyjąć od nas nowej waluty, tak więc po dość szkodliwej dla nas wymianie jedliśmy pyszne "Big Maczki". Przejazd przez Estonie nie był problemem, Tranzyt i wspaniała droga pozwoliła nam dość żwawo przebyć ten kraj. Już był lekki mrok ale poprosiłem Jolę by pozwoliła mi dojechać do Rygi na co się zgodziła, zaznaczając że gdy dostrzegnie u mnie zmęczenie to natychmiast się zatrzymujemy. Dostałem smsa że przegrywamy ze Słowenią w eliminacjach do MŚ 0:1. Znaleźliśmy wspaniałe miejsce do spania W Rydze na Statoil do spółki z MacDonaldem. Do czasu wyjazdu myślałem że najdroższą walutą jest funt angielski a to nieprawda bo gdy funt kosztuje około 5 zł (coś chyba 4.70) to Łat Łotewski około 6 (przed wyjazdem na necie był kurs 5.88). Czekałem niemiłosiernie na smsa dającego mi nadzieję że jednak jesteśmy lepsi od Słoweni ale przyszedł że jest już 0:2, zły jak diabli czekałem dalej, po 0:3 gotowy zabić wszystko i wszystkich odwróciłem się od Joli i poszedłem spać.

CZĘŚĆ 2

powrót
Wadi Travel: Robimy najlepsze wycieczki do Rosji. Wczasy czy urlop tylko z nami i tylko w Rosji. Kup bilety do Rosji. Wykonaj wizy do Rosji u nas. Nasze wycieczki do Rosji są tanie i fajne oraz bardzo ciekawe. Z naszym biurem podróży WADi poznasz jezioro Bajkał a także, dowiesz się jak wygląda pociąg Transsyberyjski i kolej Transsyberyjska. Zabierzemy Cię na wycieczkę do Uzbeksitanu. Pokażemy wycieczkę do Kazachstanu. Jeśli chcesz jedź też znami do petersburga oraz do Moskwy na Białe Noce. Możesz też tanio zwiedzić Lwów czy Mołdawię. Robimy naprawdę fajne wycieczki do Rosji, wycieczki do Kazachstanu, wycieczki do Mongolii. Zrobimy wizy do Rosji, zaplanujemy wyjazd małej grupy przyjaciół. To wszytko można dokonać wygodnie i miło w naszym WADi Travel. Obsługujemy takie miasta jak: Katowice, Kraków, Bielsko-Biała, Warszawa. Znajdziesz nas też u 70 naszych Agnetów w całej Polsce. WADi Travel Zaprasza.
    Start    
    Regulamin    
    Konto bankowe    
    Agenci WADI    
    Biuro    
    Dojazd    
    Dla Agenta    
    Dla Klienta    
    Dla Praktykanta    
    Dla Szkół    
    Dla Turoperatora    
    Franczyza WADi    
    Nie Bankrutuję    
    Oferta WADi    
    Ogłoszenia    
    Opinie o WADi    
    Partnerzy    
    Praca Bielsko-Biała    
    BOXWADi.com    
    ingi.wadi.pl    
    Grupa.wadi.pl    
    Delegacja.wadi.pl    
    Ubezpieczenia.wadi.pl     
    HoteloPak.com    
    SzkolaPilotow.wadi.pl    
    Transsyberyjska.eu    
    WizoPak.wadi.pl    
    iBanditi.wadi.pl    
    Polityka Prywatności    
    Mapa www    
Korzystanie z serwisu wadi.pl oraz wadi.com.pl jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu WADI
Opublikowane na stronach wadi.pl oraz wadi.com.pl informacje nie stanowią oferty w rozumieniu przepisów kodeksu cywilnego

Wczasy Armenia Wczasy Azerbejdżan Wycieczka Bajkał Wycieczka Baku Wczasy Białoruś Wycieczka Chabarowsk Wczasy Chiny Wczasy Estonia Wycieczka Grodno Wczasy Gruzja Wycieczka Habarowsk Wycieczka Indie Wycieczka Irkuck Wycieczka Jakuck Wczasy Jałta Wycieczka Kazachstan Wczasy Kijów Wycieczka Kirgizja Wczasy Krym Wczasy Litwa Wycieczka Lwów Wczasy Łotwa Wycieczka Magadan Wycieczka Mińsk Wycieczka Mołdawia Wycieczka Mongolia Wycieczka Moskwa Wczasy Nepal Wycieczka Nowosybirsk Wczasy Odessa Wycieczka Ojmiakon Wycieczka Petersburg Wczasy Polska Wczasy Rosja Wycieczka Samara Wycieczka Smoleńsk Wczasy Soczi Wycieczka Stalingrad Wycieczka Syberia Wycieczka Tadżykistan Wczasy Turcja Wycieczka Turkmenistan Wczasy Ukraina Wczasy Uzbekistan Wycieczka Wierchojańsk Wycieczka Wilno Wycieczka Władywostok Wycieczka Wołgograd

KSI - Portale turystyczne

 

 

 

 
statystyka Copyright by WADi 2010. All rights reserved.